czwartek, 17 września 2015

Udało mi się ślizgnąć, chociaż powątpiewam w legalne wypełnienie kodeksu, zawisnę pomiędzy jednym domem a drugim.
Mitrężę każdą z szans

Zakończałeś mój miły to po stokroć w swoich małych etiudach wcześniej, niźli zorientowałam się o roli jaką odrywam w Twojej sztuce, a jednak byłeś pełen zdziwienia i smutku, gdy przez śmiech próbowałam zerwać naszą przędzę. 
Owa wiedza jest cierpka, wyżera dziury w i tak porozdzieranym, zwiewnym materiale ufnej radości, lecz uwolnienie się od niej wróży jeszcze więcej wyflaczenia się.
Lecz to mnie przypada miejsce, do którego miarowo Cię wrzucam.

piątek, 21 sierpnia 2015

Spod zmoczonych kędzierzy pada wesołe spojrzenie, łączy się z pełnym nadziei wzrokiem tych samych tęczówek. Dwa słowa by radość opadła, uśmiech spłynął z piegowatej twarzyczki - przepustki na zanurzenie się w  najmocniejszym głosie były jedynie obietnicą bez pokrycia.
Niewiele mam takich wspomnień, znaczy pamięci tak gorzkich zawodów, a mimo to, reaguję agresją na każdą negatywną retrospekcję swej krwi. Ciąglę się oszukuję nadając mu jakąkolwiek wartość, dbając o reminiscencję dobroci. Na własne życzenie zamykam się w kolczatej klatce.

Jednak goryczka ostatnimi czasy wiąże mą krtań, czuję podobną falę zmuszającą do podniesienia głowy i zduszenia pytań w zalążku, choć pozwalam sobie na wybitną swawolę. I tak właśnie było i będzie, że moje kreacje danego towarzysza mijają się z rzeczywistym obrazem, jednak gdy, zupełnie jak barwny celofan na reflektorze, nakładają się na siebie wizja własna, iluzja stworzona przez daną istotę i prawdziwy stan, a staję się świadkiem tego - czuję się oszukana. A sama szachruję wybitnie.


Meritum to żal do siebie i człowieka o wspaniale zmiennych oczach, któremu powierzyłam ufność z przywiązaniem, iż muzyka dni, w których powyższe było najsilniejsze, jest tylko muzyką. Nie odnajduję miłych wspomnień, uniesień, radości. Magii, którą, wydawać by się mogło pielęgnowaliśmy, choć była jedynie jednostronną iluzją. Raptem pusty jad i paskudne fizyczne wrażenie zalewające klatkę piersiową.

A wiedzieć musiałam w co się pcham. Skąd? Z przeczucia, a na podsunięte na srebrze myśli uśmiechałam się dobrodusznie szepcząc o zakłamaniu lustrzanego odbicia - już nigdy nie będę uciekać w brak świadomości odgrodzony od S czarną kotarą, przeczucia to najwspanialsze, co mogło mi się wydarzyć.
I sama wbiłam nieraz przeżartą rdzą klingę w kręgosłup muskając ostrzem serce.


Jakim prawem Awenturynooki miałby chcieć tkać przyjaźń z taką szumowiną? Z kolei jak ta szumowina mogłaby chcieć wyszarganych zapewnień od Ciebie?








Tchórz ze mnie okropny, nie potrafię niczego rozwiązać twarzą w twarz, wypominając brak poczucia honoru - nie posiadam go za grosz.





środa, 25 lutego 2015

Śpiew

Rozlewnia żalu. Cudownie anonimowa, kwaśna glinem breja kolorów. Na początku dróg smakowaliśmy ją zachwycając się blaskiem zębów i własnymi, aksamitnymi głosami splatającymi się w krakowski spleen. Nie ważne, że ze mnie wydobywa się bulgot, nic nie ważne, po za dźwiękiem trzciny w złocie. Straszną byłam gówniarą, z resztą Ty, właściciel najpięknieszego, osobnickiego poddasza również. Mój Nieskończony? Twój Nieskończony. A wyglądaliśmy jak rodzeństwo, najlepsi przyjaciele w uzależnieniach.

Napij się. Już dawno nie miałem takich wątpliwości, bo wiesz, kiedy naturalne psychodeliki wchodzą w drogę by powieść stała się przejrzysta, nie widzisz konsekwencji i zagrożenia zniszczeniem cudzej duszy. Jest płynnie, toczysz swoją historię, walczysz. Widzisz słońce. I wtem leci wszystko w dół. Twoje szczęście schodzi na dalszy plan, z resztą tętni słabo jedynie na odległość. Ratujesz siebie, bronisz przed pustymi, wyznaniami kochającymi się w zieleniach. Poczekaj, nie rób min. Tak, przerabialiśmy to, ale ile lat mieliśmy? Po czternaście, nie drugie tyle, z resztą nie było wtedy aspektów seksualnych, a jedynie pragnienie włożenia arcydzieł w sakwę własnego najczystszego uczucia i potrzeby dawania ochrony. Połączenie ponad zenitem jest najlepszą używką znaną ludzkości, najcudowniejszą fizyczną aurą jaką możesz sprezentować, a i tak ogień lędźwi przestał mieć dla mnie znaczenie - powrót do punktu wyjścia, a nie chcę być pustą kartą cudzych zachcianek. Z resztą wiem jaką i Tobie wyrządziły krzywdę proszki, ale nie o tym. Walę w mordę za to. Gorzej jest chyba widzieć twarz, i znać tego człowieka, niźli walczyć z silniejszym od siebie widmem.
Zwyczajnie nie radzę sobie z adoracją, ciężko mi dopuścić emocje, a tym bardziej rozdzielać się, a aby to zrozumieć, musiałam się otrzeć o coś niesamowicie niewygodnego.
Ach i nałgałam. Nałgałam tak okropnie, że przebijam w tym całą Jakuboską 293/8a.

Wszystko w porządku. Pluję jedynie na wiatr by pamiętać, iż nowe kręgi niosą w sobie zło, oraz by nie zapomnieć, że nasze spotkanie jest konieczne. Urosłeś, wciąż pięknie nucisz, ja mam połowę dłuższe włosy, poobijane kolana i tyle brudu w sobie, że musisz pomóc mi z tego się zmyć. Początek sierpnia? 

niedziela, 22 lutego 2015

Heavenly Blue Morning Glory



Śniłam. Śniłam tak lekko o wzniesieniach na końcu lub na początku czasu. Leżałam na trawie leśnej polany oderwanej od rzeczywistości, widząc jak Ziemia porusza się z niesamowitą prędkością przez wszechświat. W ułamku sekundy zatrzymała się nade mną, a moje ciało unosiło się w górze dryfując przez niesamowite ilości księżyców niepojęcie zróżnicowanych wielkością, kolorami i  fazami oświetlenia. Niebawem planeta ponownie szybko się przemieściła i ostatecznie zatrzymała się w fioletowo-różowej mgławicy. Wtem że coś się skończyło, a coś zaczęło.

Kwestia powrotu do dbania o ciało, po zaniedbaniu duszy.
Wciąż nie wylizałem ran, nie powiedziałem nikomu prawdy starej szesnaście lat. Męczy mnie to okrutnie.
Ach, straciliśmy grupę stopnia drugiego - wyzbycie farmakologicznych obowiązków.

środa, 24 września 2014

Moi przyjaciele, pozwólcie że swoje życie poukładam sam ze sobą.
Sam rozgrzeszę się z lenistwa, sam otulę zmarnowane miesiące współczuciem, sam ukrzyżuję to, co zawisnąć powinno, oraz sam wybiorę istotę, z którą splotę ciało i duszę, jednak jeszcze to nie ten czas.

Nie myliłem się, a jednak wiedzę tę oddalałem od siebie i Wszystko jest zupełnie takie, jak zgoła być nie miało. Tarczą dla rozpustności...
Nikt o nic nie pytał, nie zatrzymał.



Reflektory zgasły. Żałuję, bo ta historia pięknie się tkała. Tęsknie. Za mocno, i zbyt boleśnie.

Wyjeżdżam gdzie moje korzenie snuć tchnienie koronami topól. 
Zielonym lasu oddycham cieniem.

piątek, 11 lipca 2014

Rozstaje. Rozboje.

W obliczu wątpliwości chcę pozostawić parę słów w elektronicznych kartach językiem nieprzemyślanym.
Nie jestem czystym człowiekiem, nie gram wedle zasad i często zza czyjejś odpowiedzialności oglądam świat. Milczę o wielu wydarzeniach losowo odbitych w historii, zwykle broniąc świadomość przed pamięcią tragizmu, ale i - banalnie wręcz -własną słabością umożliwiającą runięcie mostom. Również i Ty, mój Awenturynowooki nie wychodzisz z cienia. Mój? Jedynie na tchnienie pod pancerzem, grudniowy dzień i lutową noc. Swój własny.
Prawdę powiedziawszy, nie znam Cię tak, jak znałam, choć nie wiem wiele a pewne opowieści nie kryją się z biciem zegara. Rodzące się pytania stłumione pierwiastkiem Habratowskiej krwii spowodowały zmięcie przedstaw i tak równo od drugiego dnia w Kostrzynie motam się.
Nikt nie jest winny, to nie wojna. Lecz to, co ostatnimi czasy wybuchło pomiędzy paroma stronami internetu uświadamia, że wszak jestem odbiciem w walce o brak samotności, że gdańska wyprawa to wyprawa nie za pracą, a za tęsknym zapachem poznanym 15 września. Każda to inna baśń snuta tego samego czasu a kreacje podrzucane przez S chcą za wszelką cenę nieść prawdziwość.
Chcę tylko spokojnie iść przez życie bez wiedzy o blokowaniu czyjegoś możliwego szczęścia swoją osobą. Mimo samohamowania się, chcę dawać Ci to, co czerpię z uścisku ramion. Lecz to tylko ciągnąca się baśń.
Poszukujesz jeszcze odpowiedzi na samotność i wygładzenie zdobytych ran, tak twierdzi Maryś. Pełna sympatii.
Nie mam żalu, nie winię i nie cofam słów. To tylko zbitek bezradności, która rosła karmiąc się wiedzą o południcy i późniejszej kobiecie w czerwieni i pyta się o obecną czerwień.



Jestem tchórzem. Zwracam się do szczątkowej wizualizacji w wyobraźni, i to nie po raz pierwszy.

10.02.14   3:30

Mgło,
     i choć sił na obnażenie się nie mam patrząc w tęczówki, a posiadam świadomość że nie odciśniesz tu swego śladu - mam w głowach wiele słów, racjonalnych oraz daleko odbiegających od świata, rzec można naszego minimalistycznego momentu.
     Co uczynisz będzie działo się wedle twych twarzy wodzonych zmysłami, jednak nie chciałabym, by każdy kolejny krok, coraz bardziej oddalał Cię od piaszczystych ścieżek ku kamienistym, a jakże kuszącym szlakom. Nie mam tu na egoistycznej myśli wspólnej przyszłości, bo biegi wydarzeń różnie się potoczyły - choć najcieplejszą mi myślą biegi owe obsypane są kocio - wilczą sierścią - a niedalekie dni poszukiwań pracy, obracania zdolności w złoto i rozłąki oddechu. Otóż najbardziej obawiam się skutków działań nieostrożnych, kojących żądze, jednak karmię się myślą, że na wiecznym poślizgom, unikniesz potknięć.
     Ufam, od pierwszego warknięcia i spokoju po przeciwnej stronie źrenic żółtego tła, niezmiennie z takim samym pulsem.
Jest jeszcze jedna rzecz, której nie chcę. By znów było mi dane uciekać w przestworza ciemniejsze niźli kres.




Okropnie przyszło mi się zmienić.

środa, 14 maja 2014

Ni drobiny ironii

Jestem kłębem egoistycznej brei, trwającej w zachwycie nad własnymi, ulatniającymi się umiejętnościami. Filistrem, uważającym się za fragment opozycji niosącej sztandar Eviva L'Arte, łatającym dziury w zwietrzałym umyśle cudzymi koncepcjami i słowami, równocześnie śledząc realizację swoich snów w nie swoim świecie.

Szczęście jest cały czas. Nieprzerwanie. Świat aż nadto troszczy się o zaspokojenie, oczekiwania nigdy nie przestały być spełnione.

Wiem gdzie popełniłem błąd, jednak czerpię dziką satysfakcję taplając się w bagnie, w które wprowadziłem się z doskonałą świadomością konsekwencji, niemrawo łapiąc się liny rzuconej przez instytucje, jednocześnie zdając sobie sprawę z nadchodzącego skrępowania moich ruchów tym właśnie sznurem, z którym śpieszono mi na pomoc. Jednak nie szarpnę się, nie zerwę, nie odpowiem na znany zestaw pytań i nie opiszę obrazków, by zwój owinął się wokoło tętnic i przyhamował dotlenienie.

A najbardziej moje nafuczone ego kłuje fakt, że nie czuję muzyki. Nie to, że paczka ludzi, za równo ta bliska jak i dalsza balansuje po krawędziach, nie to, że sam nie wiem co myśleć o tkanych mięsiącami niciach porozumienia, nawet myśl o straconym roku czy sypiącej się rodzinie, a zasrana błahostka wiążąca się z przyśpieszonym tętnem dostosowanym do drgań, słabym bo słabym pulsem i drgawkami mięśni wywołanymi przez równie zasrany układ nerwowy - Znów egoizm, w najczystrzej jego postaci. JA. JA. Ja nie chcę się ulatniać.


niedziela, 24 listopada 2013

Dzień, w którym poczułam gniew wygnania.

       Udławcie się wszyscy, razem ze mną na czele swą pychą, chciwością, hedonizmem i zazdrością.
Czyż powyższe nie rani bytu istniejącego w przestrzeni wraz z Tobą, za Tobą, przed Tobą, obok Ciebie? Nie powinno - mówi zakorzeniony głęboko egoizm wypierający empatię. Strzelać w górę, biec do przodu po łbach, ranić - byleby do celu za wszelką cenę. To nakazuje głos wołający ze środka ciała. Łgać by nie niszczyć - zabezpieczenie się przed sumieniem, wszak każda prawda boli, kłamstwa są najsłodszym z dostępnych leków. Łgać z niewiedzy - kompromitacja kłuje w boki. Łgać z pożądania - dlaczego można posiąść jedną, skoro można jednocześnie posiadać dwie, skrajnie odmienne dusze, w skrajnie odmiennych ciałach?
Wewnętrznie zawsze to irytowało u innego stworzenia, u siebie można bez późniejszego żalu, wszak praktyka najlepszym tego potwierdzeniem.
I jak długo będziesz tak gnił? Póki bezczelność jestestwa będzie kołować pod zamkniętą pokrywą zieloności.

Ps. A gdzie ta bezbrzeżna chęć? Zatopiona we fluorescencyjnej bieli. OCZYWIŚCIE!
Wypierdalać z mojego świata. Natychmiast. Obydwoje.
Choć jej nigdy tu nie było. Była. Wprowadzona prze zemnie, na własne skaranie, na własne życzenie.
Tak to już jest że gdy zaczerpnę spokojnego powietrza, coś momentalnie się burzy ciągnąc za sobą lawinę nienawiści do całej populacji, co nic mi nie uczyniła. Czyżby to było zachowanie pod tytułem odrobinę mniej ludzko? Właściwie to nie, ludzko aż w zakresie Białej, ludzko tak, że pomiar człowieczeństwa wykracza poza możliwości. Moje możliwości.
A widzisz, narcyzm będzie wyskakiwał niczym tłuszcz rozpuszczany w wodzie. Problem w tym, że wodą są usilnie wyszukiwane zmartwienia pod postacią samotności na długość kabla. A nawet to się gdzieś samoistnie rozpłynęło, ponieważ tam, po drugiej stronie, ktoś zaspokaja kimś głód w nadziei na radosny powrót.

Powrotów nie będzie.



wtorek, 19 listopada 2013

Słowa stare rok, a w mostku zakuło.

Dwoje miesięcznych oczekuje zespolenia.
Wieczności?
Nigdy.

Jestem spokojny.

wtorek, 29 października 2013

Urojenia Ksobne


Pustelnia.
I tylko dudniący, ciepły dźwięk budzi mi iskry w źrenicy. Chciałbym otulić, chciałbym szepnąć iż wszystko się potoczy, a kreatywność nie spierzchnie od przymusu.
Nie mogę. Zwyczajnie nie potrafię. Na własne życzenie wyzbywam się motywacji prowadząc gierki na cieniutkiej taśmie. Oszukuję wszystko - wierzę w fałsz by stał się prawdą i już sam nie wiem nic. Mówię jedno - to brzmi dobrze, mimo że przeczy przekonaniom milczę gdy cierń w płucach. Pokierowałem strumień prac nad sobą w inną stronę i znów jestem kimś innym. Owocuje to w wieczne użalanie się nad sobą będące usprawiedliwianiem lenistwa prowadzącego do zaniedbania i nic nie zmienia, wypełnia tylko pustkę czasu. Nienawidzę zwierząt tak jak i nienawidzę siebie za to kim się stałem.
Chcę tańczyć, chcę znów wznieść się w powietrze, chce śpiewać, chcę dla Ciebie szczęścia i osiągniesz je sam idąc wybraną ścieżką.


A śpiewam jedynie czernią...

poniedziałek, 7 października 2013

Profondo.

Stało się.

Należy powstać, czasu jest tak mało.
I chociażbym chciał, nie powiem. Przytaknę, poczekam, zniosę ból, zagram głupca.
Ale nie powiem.
Zgniję. Już zgniłem. Żyję wspomnieniem srebrnego miecza przecinającego zawiasy.
Rok 2010.
Nie opuszczę bezpieczeństwa, utonę w wirze barw.
Jeszcze bardziej boje się przestrzeni. Jeszcze częściej gram kogoś zupełnie innego niż On, Ona. Ani skrawka mnie tu nie ma. Jedynie ciało i zgrzyt uśmiechu.

Kotłownia.




poniedziałek, 30 września 2013

Dobiliśmy do portu. Razem, wszyscy. Co dalej?

Ambiwalencjo, jak to jest że nie mogę Ci wszystkiego rzec? A chcę, za tę czekoladę chcę. I ryknąć cichaczem za plecami, tak, by to nikogo nie dziwiło. I Kaśkę na barana nieść przez życie. I patrzyć w kamilowe dłonie w szczęściu zatopione.
Nie chcę przyszłości, tak nieuchronnej.

Lipiec...

Nie wiem gdzie zacząć...
Wspaniała godzina 16:05
Wspaniały odcień, wspaniały pomysł, wspaniała droga.
Chcieliśmy płakać, a skrwawiliśmy głupotą.


Lubiłem spokój duszy i pomarańczową barwę.
Zaciągnij kotary. Przestań łgać. Wstrząśnij karminową grzywą, zejdź w muru.
Widzisz ją? Jest perfekcyjna.
Złącz dłonie. Podziwiaj!
Rzygaj jej głosem. Zawróć swoje maszkary, mnie oszczędź. Padnij na kolana i karm iluzję. Jest taka śliczna... Widzisz?
Ona jest perfekcyjna. Od zawsze mieliśmy słabości do perfekcji. Tylko Twoja żeńska część to zagubiła!

Lipiec...

Czy wypada się bać słońca?
Nie - zahuczał bas.
Tak - aksamitny, głos o mocno zaniżonej tessyturze odbił się w mostku drżąc w żołądek.
A Biała delikatnie, jak to miała w zwyczaju poczęła śmiać się swym paskudnym sopranem.
Złotooka wspominka niezauważalnie podeszła od tyłu, czyniąc zamach swą arystokratyczną, baronową łapą...
A potem była ciemność.

Zniknęli. Do czasu. Ja nie powstanę. Za wczasu.

poniedziałek, 9 września 2013

Kiliásata Nedorium.

Lubiłem Topola. Topol zmarł.
Osobiście wiele nas łączy, nie tylko cechy typowe fizyczności, ale i sposób postrzegania rzeczywistości i zbór milionów zależności osobowości.
Topol piękną duszę miał.
Napiłbym się raz jeszcze...

Patrzysz w ciemną oprawę błękitów i płaczesz. A dawno krzyk nie wydostawał się na zewnątrz, dawno kryształy nie toczyły się po policzkach.
Przyszłość jest nie uchronna.
Lipiec...

Zabierze wszystko, nawet najmniejsze muśnięcie skrzydła o skrzydło. Niech bierze! Niech chłonie, niech się udławi cudzą radością, a przybędzie jej rozumu, ba! Zakwitnie ponownie.
- Och, jak możesz być tak zawistnym istnieniem?
Mogę. Skoro pęd czasu tak to poukłada, wykorzystam ostatnie jego skrawki by być najmocniej i najciężej w tej płaszczyźnie, na jak tylko pozwoli mi ciało i bariera wychowania by wyszykować Białej cudowne miejsce. Ciepłe i tłusto mruczące. Wszak jestem słabszy, ohydniejszy i gorszy. Oczywiście nie wprost a w porównaniu.

Zabroniono ingerencji w cudzy żywot, zakazano nakazywania, zakazywano okazywania uczuć intymniejszych niźli oddech.
Toteż nigdy tego nie poczynię.

Baw się dobrze, przywieź mi piernik.

Jeszcze to miasto. Miasto gdzie zapoczątkował się koniec rodu H, miasto które i mi jest kamieniem u szyi.
Zależności są wszędzie. Zależności są wszystkim, nawet perłą na krtani


Bez konce a začátku vraženej do světa, upletu si oprátku bez konce a začátku Více na: http://zen.e15.cz/kultura/nekrolog-za-filipa-topola-videl-jsem-rok-1000281#utm_medium=selfpromo&utm_source=e15&utm_campaign=copylink - dłonie mi drążą. Ponownie, z tym że czuje niesamowity bałagan i mrowiącą falę niechęci.

czwartek, 5 września 2013

Wziemiowstąpienie

Myśl Złotooka powróciła leniwie zasiadając na mym ramieniu podczas powrotu na wytarte deski.
Po cichu, w chwili czytania nut na fortepian oswajała nas ze swym powrotem masując płatki uszu szepcząc do nich motywy ucieczek. Odchylam głowę pozwalając światłu przenikać źrenice, czując narastającą falę wstydu napędzającego tchórzostwo. Wstaję by pobiec ku publice - upadam.
Zielonym lasu oddycham cieniem, milknę.

Ile świństwa dookoła. Czytam własne słowa zastanawiając się jak mogę kierować się kilku istnieniom.
Wróciłam do punktu wyjścia z przed dwóch lat,  na dokładkę opracowując nowe wersyfikowane zbitki słów, których przekornie sobie nie spalę, ni zjem. Brakuje teraz wartościowego tekstu śpiewanego, niech te sprawiają pozory kontrastując kulturze radosnych podskoków w metrum 3/4 i prostej melodyki.
Po ziemi czarnej kroczę.

Przechadzając się dawnymi ścieżkami ponownie poczułem Złotookiego.
Czy to tak się skończy? Pracowity wrzesień, wolny lipiec. Poznałem rywalkę. Wywoła wiele szkód, zniszczy parę serc i zerwie więzi, a przyznać muszę że jest wspaniała w swej fałszywości oblicza, tak niewinnie czysta, nieskazitelnie piękna. Jedna z najśliczniejszych kobiet jakie przyszło mi zobaczyć.
Ach więc lipiec...
Pięknie jest uciekać w pełnym słońcu.


Q pojawia się w wizjach sennych regularnie, z czym zdążyłam się pogodzić. Nie przepadam za tym uczuciem, jednak dzisiejsze marzenie uradowało mnie. Radości było przecież tak wiele... Do czasu. Przebrnę przez krew i ogień, spokojne dryfowanie i spojrzenie w awenturynowe tęczówki przepełnione wyrzutem też przecierpię, ale nie zniosę zniszczenia. Nie takiego. A i Z ucichli, schowali się za kotarą by wzajemnie spojrzeć na swe dłonie. Ale czy to słuszne gdy przyjaźń kona? Myśli stracone, Złotooki powrócił.
To był tylko zły sen, zły, zły sen. Wpijam się paznokciami w nadzieję że w grze nie powróci tak jak po dwunastu godzinach od nocy.   
Zapadam się w grząskie doliny zmarnotrawienia

środa, 23 stycznia 2013

Dom shábháil.

Czuję że zanikam.
Czuję że tracisz pragnienie.
Czuję że nie wrócę.

Świadomość boli, więc ratuj, ratuj mnie.

To tylko zły, zły sen. Choć chcę byś był szczęśliwy.



Ojcze?

środa, 16 stycznia 2013

Rozkładam dłonie - trzymajcie mnie za nie.

 Zwrot pół parady w upodobaniach słuchowych.

Przegrałem wszystko.
Z małą pomocą urzędów, z małą blizną przeszłości, ze zbyt długim interwałem w katowaniu się chemią oraz z małym śladem chwil zapomnienia w kącie ust.
Czy to prawda? Nie!
Mam siłę. Mam siłę, mogę mówić. Stać na tej małej scenie i wyrzucać z siebie słowa - ot co mi pozostało. I cicho zaszlochać nad zmarnowaną przyszłością.
Wygram to co tracę. Wygram i żadna zazdrość, furia czy gniew mi nie przeszkodzą.

Nie ma samotników na tej ziemi. Człowiek jako zwierze stadne wyszukuje i lgnie do stworzeń podobnych mu zachowaniami czy charakterem, lub wręcz odwrotnie - dominacyjne jednostki otaczają się uległymi.
I z tej przyczyny tkasz nić przyjaźni z istotami. Poznajesz je coraz bardziej, dając poznać siebie. Czujesz się za nie odpowiedzialny. Niczym twórca za swe kreatury, czy matka za swe dzieci. Ba! Tworzysz z nimi swoisty rodzaj rodziny.
 W chwilach pierwszych zboczeń ze ścieżek, pierwszych miłości, poważnych kłótni, śmiertelnych zagrożeń żywotów i masy problemów, któż inny wyciągnie rękę ku Tobie, bądź pozwoli sięgnąć dna, oczywiście panując nad Twym oddechem, byś samodzielnie mógł wypłynąć?
Może i z czasem wszystko słabnie, może i wybieracie inne drogi i patrzycie w inne strony, lecz zawsze pozostaje pamięć dobrych i złych dni. Obrazy uśmiechającej się drugiej rodziny rysują się głęboko w myślach, odłożone na chwile rozstroju.

Dlatego też zapiszę kilkanaście kart opisem mojej rodziny i każdego człowieka mocniej dotykającego mego żywota swoją obecnością. Skompletuje zdjęcia i stworzę osobistą kronikę przyjaciół. 
Złożycie swoje podpisy.


A spowiedź?
Z niecierpliwością wyczekuję lutego. Z niecierpliwością wyczekuję uścisku jednych, jedynych ramion. Po przyjacielsku wystarczy, wystarczy mi nawet wieść że wszystko wiedzie się dobrze. To mi wystarczy, wszak obiecałem coś odnośnie nieobecności. Wystarczy, wystarczy, wystarczy.

Obiecałem...
W obawach tonę.

niedziela, 6 stycznia 2013

Zgniję, nie odpowiem!



Wylazł Czart z suchych bagien, i zstąpił Jezus z nieboskłonu. I mówi doń:
 - Gdzież kroczysz Czarcie?
A on mu na to:
 - Tam idę, gdzie podobnych bogom tworów siedlisko, biesami nękać. W człowieczych istotach opróżnić myśli, kości miażdżyć, żyły wypruwać, ciała zniekształcać, krew przelewać, uszy ogłuszać i oczy oślepiać.
Tego wysłuchawszy przemawia Joszua:
Uciekaj Czarcie hen za czarne góry i zimne pustkowia. Barani łeb tam znajdziesz i zamieszkasz w nim. On wszystko przecierpi, bo silny jest znieść i zimno i trwogę.
Nie będziesz czynił zła maluczkim. Odejdź od bożych sług!
Rzecze mu na to Czart:
 - Nie.




Nie byłbym sobą, gdybym nie rzucił spowiedzią.
Popełniłem jeden błąd. Dałem się zniewolić, zaślepiony zależnością zapomniałem o możliwości ingerencji. Obudziłem się zbyt późno, więc gdy próbowałem rozsupłać liny ograniczające każdy ruch zrujnowałem wszystko. Straciłem część siebie, którą podarowałem w zamian za strawiony wspólnie czas, a ledwo zagojone rany i szwy znów krwawią.

   A mnie znów
   trzy rany zadano kłute
   w mostek,
   wątrobę
   i podbrzusze.
   I dobrze.

   Smutek świata
   dziurami wchłonę,
   odkupię wszystkie dusze.*

Widocznie taki los Poraju, gdy coś zaczyna się układać, na wierzch wypływają dawne zwady, spory, zawinienia i uczynki mające nieść poprawę a działające w prost proporcjonalnie odwrotnie do pierwotnych założeń. Nie ma nas razem, jest nagonka na siebie. Sancte die nativitati. Czy naprawdę na tym zależało wam czyniąc urzędowe przekręty?  Kochani rodziciele, jesteście najcudowniejszymi tworami tego świata, ale ten błąd tkwi we mnie. Nie mogę w nieskończoność okłamywać własnej świadomości, patrząc w papierki i widząc daty. Tym bardziej, że nadeszły rok, miał mi dać coś specjalnego a teraz pozostało wyczekiwanie kolejnych dwunastu miesięcy.
Och, świruję!
A że zależności jest wiele, więc i teraz pojawił się punk(t) zainteresowania. A co będzie? Straciłem dawno zmysł wyczuwania przyszłych zdarzeń. Nie pytaj bo nie odpowiem. Raczej zgniję, w wiatr się obrócę i pozdrowię błyskiem kłów.

A Ty, popełnij choć jeden błąd, a zabiję. Ponownie, jeśli taka będzie konieczność. Jesteś potrzebna w tym zadupiu, choć tego nie wyczuwasz, jest tak. Kurwa, ta demencyjna natura!

Nigdy sam. Zawsze z jednym z pięciu kawałków duszy na ramieniu. G otulony płachtą spokoju i cienia gdy () się uśmiecha...


*N ponownie zaczyna muzyczną bitwę z Chrystusem w tle. A mi te słowa pasują, pasują niezwykle...

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Vanitas.

Obserwując coraz więcej światów, pragnę wyzwolić siebie. Poruszać się w rytm oddechów by stanąć wreszcie na ziemi i nie trwać w zawieszeniu pomiędzy konceptami na osobowość.
Jeśli nie przestanę tyle mówić, nadejdzie dzień, gdy i na elektronicznych kartach zupełnie się obnażę.

Państwo przesiąknięte chrześcijaństwem obchodzi święta. Coraz więcej polskich domów lśni światłem niebiesko - zielonych lampek. Znikam, kulę się w sobie - w czasie świąt schowaj się, przyodziej ociekający srebrnym kłamstwem uśmiech i podaj dłoń cicho nienawidzonym dalekim krewnym. Nie przepadam za świętami dzięki tej pięknej grze aktorskiej. Chwila dzielenia się posiłkiem przyodziana w uśmiech zasłaniający płonące ze wściekłości oczy, nie jest już chwilą radosną. Przez takie wywody gubisz magię, jedyną szansę by wzmocnić przecięte próbą czasu więzi. Niszczysz pielęgnowane przez przeszłe pokolenia piękne tradycje. Gdy wiara przestała grać kluczową rolę w społeczeństwie, gdy honor spoczywa jedynie w opowieściach, a ludność przesiąka nienawiścią ku sobie, liczy się materialny aspekt świątecznych zjazdów rodzinnych.
Och, społeczeństwo marnieje pod wpływem natłoku wyszatkowanych informacji to z tej, to z innej strony i tak cenzurowanej przez rządy dążące do ujednolicenia.
...ale skoro coraz więcej jednostek widzi chorobę ogółu, dlaczego tego nie naprawia? Herbertowskie nemo sine vitiis est, powtarzane na każdym jego kroku winno motywować do działania i prób poprawy. Och, zapomniałbym, przecież i to ujęto z nowych programów nauczania. Racja, nad głupim narodem łatwiej zapanować! Tylko tak trzymać panowie, aż ktoś w was krzyknie:Bujać to my, panowie szlachta!


Swoją drogą Demonku, kolejna wiosna na karku niech niesie ze sobą wesołość. Dużo wesołości.
Ci co wiedzą, to wiedzą, że nic nie wiedzą.
Rodzino moja, na czele z Z. i Ambiwalencją - energii. Poczujta moc.

niedziela, 9 grudnia 2012

Badawczość

Błogosławię swoją wytrzymałość na niedogodności zimowego terenu.

Stojąc nad jeziorem purpury rozrywam skórzane powłoki, bryzgając w około krwią. Bladość mej skóry przenika w biel, brutalnie wyrwane serce pulsuje galopem w ściskającej je dłoni.

Odebraliście mi jedno i drugie miejsce. Odebraliście mi głosy i obrazy - rozsądek nieletniego psychopaty. Odebraliście mi mnie. Także pozbawiliście mnie pamięci i raniąc plecy tępą siekierą, odcięliście czarne skrzydła ciskając je w zapomniany kąt cegielni. Plamiliście podłoże rudą posoką wlokąc me ciało korytarzami słusznych dróg. Chcieliście mi odebrać dźwięki i rytm prowokując furię. Zabierzcie wszystko, lecz ludzi i muzyki nie oddam. - Tak było, tak mówiłem. Nie ukrywając wszechogarniającego wstydu, przyznam przywyknięcie. A źle jest poddawać się tresurze. Teraz...To miłe uczucie gdy skrzydła odrastają i ponownie można wznieść się ku niemożliwemu.

wtorek, 24 lipca 2012

Przejście przez próg

 To nie imaginacja, widziałem gesty dziwnie niepewne. Chcę się śmiać, ześwirowałem. Ześwirowałem - to cudowne!

K. Opuścił to brudne miasto na rzecz realizacji swych planów. Żałuję że akurat tam, daleko od rodziny i przyjaciół, tam gdzie pokonanie w walce takiego bydlęcia jak on, to pestka. Już nie będzie największym i najsilniejszym starszym bratem, ani umiłowanym pierworodnym.
Pierwszy raz boję się o człowieka, zabawne jak uplastyczniliśmy się, przez ostatnie miesiące.
Ambiwalencjo, czy pamiętasz nasze poznanie? Przełom miesięcy ukoronowany mieniącym się śniegiem i krzykiem napaleńców. Zachwyt ale i nuta rywalizacji gotowała się w naszych trzech duszyczkach dzięki Kaśce. Jestem jej wdzięczny za to, chociaż sam już nie wiem jak ją ratować przed zniewoleniem. W tamtych czasach nie byłem taki jaki jestem teraz. Nie umiałem się przywiązać do ludzi, nie czułem dotyku. Zatracając się w niemocy, żyłem w swoim małym świecie otwieranym jedynie przez okno monitora a każdy człowiek był mi odrażającym tworem.

Udało mi się dostać do kolejnej cegielni. 13 w moim życiu, a jeśli dobrze pójdzie, zadomowię się tam na 27 miesięcy. No tak... to tylko zbieg okoliczności że placówka oświatowa zwie się cegielnią, to tylko głupi przypadek.
A teraz wszystko inaczej pachnie, inaczej smakuje.
Drażni mnie to, co dziś się wydarzyło i wydarzy. Nadchodzi porażenie...

sobota, 30 czerwca 2012

Daleko od domu...


Wszystkiego pięknego z okazji dobicia do 17 portu. Chcę, aby każdy Twój dzień układał się pokojowo i pięknie, a Twa dusza nie znosiła uszczerbków. Żyj cudnie.

Za trzy miesiące tez mnie to czeka.

Ćmię papierosa stojąc na murze oddzielającym cmentarz od rzeki. Zielone oczy przenikają mnie a ten żeński organizm wolny od tytoniu, łapczywie chłonie dym wypuszczany z mego ciała. Kim Ty właściwie jesteś? - Pytanie intensywnie czerwonych ust świdruje w mojej głowie. Nie wiem, nigdy nie chciałem wiedzieć, boje się odpowiedzi. Ona drży. Lubiłem patrzeć na to jak czuła muzykę wprawiając każdy mięsień w ruch i zapadała w spokojną mantrę ciała, drżąc w taki sam sposób. Zeskakuję z murku, pozostawiam swobodnie rozwiewane przez wiatr wiśniowe włosy i ich właścicielkę w samotności. Już nigdy się nie zobaczymy. Kątem oka widzę rozbłysk - zapala wieniówkę, cicho klnie ale nie jest moja.

Człowiek jest niezwykle plastycznym tworem. Pod wpływem środowiska potrafi zmieniać się nie do poznania. Rodzi się więc pytanie: dlaczego? A właśnie przez bojaźliwość uległych charakterów bądź chęć zmiany. Bojaźliwość to też moja cecha. Teraz obawiam się rozstania z rodzinnym domem.
Zgadnij...

czwartek, 12 stycznia 2012

Pojawiam się i znikam.


Długi czas niepotrzebnie zaśmieca mi to dysk, niepotrzebnie zaśmieci to też blogspota, gdyż brakuje karmy. Czas ją uzupełnić. Żryjcie, smacznego.



















Już nie śmieci. Ukradli moje słowa szczycąc się nimi pod szyldem własnego imienia.

piątek, 23 grudnia 2011

Fascynująco niezrozumiała.

Dworzec, jak ja lubię to miejsce. Kątem oka dostrzegam wytykający ruch pomarszczonej ręki dzierżącej laskę. Mimo słuchawek, do  mych uszu uderza starczy bełkot, od dłuższego czasu krytykujący cały świat. Teraz przyszła kolej na młode pokolenia . Uśmiecham się ironicznie do oburzonej kobiety, salutuję i oddalam się w stronę pierwszego stanowiska. Wyjątkowo ciepła grudniowa wieczorowa pora jak na powrót do ojczyzny. Słyszę warkot cieszyńskiego autobusu, skupioną wcześniej uwagę na uwierającym glanie, przenoszę na niezrozumiały potok słów wydobywający się nawet nie wiem skąd. Ach tak, godzina 17:18, pół godziny spóźnienia. I oto Ona - ściskająca jakiegoś niebieskookiego bachora, z którym miałam już kontakt tego roku, ukryta w  obszernym kapturze płaszcza, nie poznająca mej osoby.
Mamuśka come back.

Pewna duchowa potrzeba. Pełno psychicznych oraz cielesnych defektów, i debet w istnieniu a to co zawarte w tym zdaniu najbardziej mnie boli. Z uprzedzeniem odpowiadam na lawinę myśli: Tak, jestem bezduszną egoistką zważającą na tylko i wyłącznie swoje potrzeby. Teraz będę egoistką, a Ty, jesteś ostatnim, którego ratuję.

Och, jak ten czas szybko leci.
A z sufitu kapie krew, pachnie różami. Nienawidzę róż.
Czas pokuty.


20 dni zaciskam pięść. Walki z świadomością. Opanuj trans w który wpadasz. Tylko jedno muśnięcie skrzydeł - będziesz wolny. NIE! - Krzyczę w ciemność zabijając fragmenty dwubiegunowości.
A jednak chcę ponownie poczuć to miłe zetknięcie duszy z duszą, chcę zobaczyć muzyczny szał w oczach. Nigdy więcej wzajemnej szorstkości.

środa, 23 listopada 2011

Na fali złotych świateł.

Wczoraj wiele działo się w moich myślach,. Już nie wiem czy to, co śnię było, czy dopiero się stanie. Och, ile oddałbym za wspomnienia, które tracę z każdym oddechem... Czuję że wielka część mnie ucieka, zaszywając się w głębokich, złotych falach własnych wątpliwości.
Dziś upadałem, patrząc w toń oczu niemocy. Wezwała mnie do siebie by ostatni raz zakosztować mej duszy. I odeszła.
Zostałem sam a każda minuta przeradzała się w wieczność doznań.
Dziwnie jest czuć. Nie znany był dotyk, chłód i ludzkie ciepło. Zbyt wiele impulsów z każdej strony, już nie słyszę, już nie widzę. nie smakuję ani nie węszę.


niedziela, 6 listopada 2011

Próba


Jedenaście miesięcy było najbogatszym i najważniejszym etapem. Odrodzenie? Próba otworzenia się na świat, dzika pogoń za kimś kto wart jest mało a wartość swoją zbyt wysoko ocenia, poznanie rywalek i odnalezienie w nich sojuszniczek, kogoś stracono i kogoś zyskano, pełno nieprzyjemnych sytuacji przeplatanych promieniami radości. Jednak chęć o zapomnieniu tego okresu okazała się zbyt silna więc wszelakimi sposobami usiłowano zapomnieć. Wspominanie własnych porażek i błędów jest uciążliwe, człowiek nie lubi rzeczy przytłaczających, przecież o wiele lepiej być chwalonym niż karconym przez własne myśli. Jedenaście miesięcy znikło i było by lepiej aby wracały.

A pretensje zawsze będą, takim jesteśmy ludem.




Unicestwiłem wszystko. Każdy zapisany skrawek papieru zginął w ogniu, czerwone języki pożarły granatową okładkę.
Popiół wspomnień zmieszany ze smołą zrosił tych, których tak nienawidzę.




wtorek, 23 sierpnia 2011

‎Some photos from Brutal Assalut.

Brutalne śniadanie - wersja light.
Koleżka wpadł pod obiektyw.
Wpierdalamy zapiekanki. Widać czerwony łeb.
Loża debil z kacem przed koncertowym.
Rozkręcacz.
Fala, naprawdę zajebista sprawa.
Wymiatacze.