Błogosławię swoją wytrzymałość na niedogodności zimowego terenu.
Stojąc nad jeziorem purpury rozrywam skórzane powłoki, bryzgając w około krwią. Bladość mej skóry przenika w biel, brutalnie wyrwane serce pulsuje galopem w ściskającej je dłoni.
Odebraliście mi jedno i drugie miejsce. Odebraliście mi głosy i obrazy - rozsądek nieletniego psychopaty. Odebraliście mi mnie. Także pozbawiliście mnie pamięci i raniąc plecy tępą siekierą, odcięliście czarne skrzydła ciskając je w zapomniany kąt cegielni. Plamiliście podłoże rudą posoką wlokąc me ciało korytarzami słusznych dróg. Chcieliście mi odebrać dźwięki i rytm prowokując furię. Zabierzcie wszystko, lecz ludzi i muzyki nie oddam. - Tak było, tak mówiłem. Nie ukrywając wszechogarniającego wstydu, przyznam przywyknięcie. A źle jest poddawać się tresurze. Teraz...To miłe uczucie gdy skrzydła odrastają i ponownie można wznieść się ku niemożliwemu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz