piątek, 11 lipca 2014

Rozstaje. Rozboje.

W obliczu wątpliwości chcę pozostawić parę słów w elektronicznych kartach językiem nieprzemyślanym.
Nie jestem czystym człowiekiem, nie gram wedle zasad i często zza czyjejś odpowiedzialności oglądam świat. Milczę o wielu wydarzeniach losowo odbitych w historii, zwykle broniąc świadomość przed pamięcią tragizmu, ale i - banalnie wręcz -własną słabością umożliwiającą runięcie mostom. Również i Ty, mój Awenturynowooki nie wychodzisz z cienia. Mój? Jedynie na tchnienie pod pancerzem, grudniowy dzień i lutową noc. Swój własny.
Prawdę powiedziawszy, nie znam Cię tak, jak znałam, choć nie wiem wiele a pewne opowieści nie kryją się z biciem zegara. Rodzące się pytania stłumione pierwiastkiem Habratowskiej krwii spowodowały zmięcie przedstaw i tak równo od drugiego dnia w Kostrzynie motam się.
Nikt nie jest winny, to nie wojna. Lecz to, co ostatnimi czasy wybuchło pomiędzy paroma stronami internetu uświadamia, że wszak jestem odbiciem w walce o brak samotności, że gdańska wyprawa to wyprawa nie za pracą, a za tęsknym zapachem poznanym 15 września. Każda to inna baśń snuta tego samego czasu a kreacje podrzucane przez S chcą za wszelką cenę nieść prawdziwość.
Chcę tylko spokojnie iść przez życie bez wiedzy o blokowaniu czyjegoś możliwego szczęścia swoją osobą. Mimo samohamowania się, chcę dawać Ci to, co czerpię z uścisku ramion. Lecz to tylko ciągnąca się baśń.
Poszukujesz jeszcze odpowiedzi na samotność i wygładzenie zdobytych ran, tak twierdzi Maryś. Pełna sympatii.
Nie mam żalu, nie winię i nie cofam słów. To tylko zbitek bezradności, która rosła karmiąc się wiedzą o południcy i późniejszej kobiecie w czerwieni i pyta się o obecną czerwień.



Jestem tchórzem. Zwracam się do szczątkowej wizualizacji w wyobraźni, i to nie po raz pierwszy.

10.02.14   3:30

Mgło,
     i choć sił na obnażenie się nie mam patrząc w tęczówki, a posiadam świadomość że nie odciśniesz tu swego śladu - mam w głowach wiele słów, racjonalnych oraz daleko odbiegających od świata, rzec można naszego minimalistycznego momentu.
     Co uczynisz będzie działo się wedle twych twarzy wodzonych zmysłami, jednak nie chciałabym, by każdy kolejny krok, coraz bardziej oddalał Cię od piaszczystych ścieżek ku kamienistym, a jakże kuszącym szlakom. Nie mam tu na egoistycznej myśli wspólnej przyszłości, bo biegi wydarzeń różnie się potoczyły - choć najcieplejszą mi myślą biegi owe obsypane są kocio - wilczą sierścią - a niedalekie dni poszukiwań pracy, obracania zdolności w złoto i rozłąki oddechu. Otóż najbardziej obawiam się skutków działań nieostrożnych, kojących żądze, jednak karmię się myślą, że na wiecznym poślizgom, unikniesz potknięć.
     Ufam, od pierwszego warknięcia i spokoju po przeciwnej stronie źrenic żółtego tła, niezmiennie z takim samym pulsem.
Jest jeszcze jedna rzecz, której nie chcę. By znów było mi dane uciekać w przestworza ciemniejsze niźli kres.




Okropnie przyszło mi się zmienić.