Dobiliśmy do portu. Razem, wszyscy. Co dalej?
Ambiwalencjo, jak to jest że nie mogę Ci wszystkiego rzec? A chcę, za tę czekoladę chcę. I ryknąć cichaczem za plecami, tak, by to nikogo nie dziwiło. I Kaśkę na barana nieść przez życie. I patrzyć w kamilowe dłonie w szczęściu zatopione.
Nie chcę przyszłości, tak nieuchronnej.
Lipiec...
Nie wiem gdzie zacząć...
Wspaniała godzina 16:05
Wspaniały odcień, wspaniały pomysł, wspaniała droga.
Chcieliśmy płakać, a skrwawiliśmy głupotą.
Lubiłem spokój duszy i pomarańczową barwę.
Zaciągnij kotary. Przestań łgać. Wstrząśnij karminową grzywą, zejdź w muru.
Widzisz ją? Jest perfekcyjna.
Złącz dłonie. Podziwiaj!
Rzygaj jej głosem. Zawróć swoje maszkary, mnie oszczędź. Padnij na kolana i karm iluzję. Jest taka śliczna... Widzisz?
Ona jest perfekcyjna. Od zawsze mieliśmy słabości do perfekcji. Tylko Twoja żeńska część to zagubiła!
Lipiec...
Czy wypada się bać słońca?
Nie - zahuczał bas.
Tak - aksamitny, głos o mocno zaniżonej tessyturze odbił się w mostku drżąc w żołądek.
A Biała delikatnie, jak to miała w zwyczaju poczęła śmiać się swym paskudnym sopranem.
Złotooka wspominka niezauważalnie podeszła od tyłu, czyniąc zamach swą arystokratyczną, baronową łapą...
A potem była ciemność.
Zniknęli. Do czasu. Ja nie powstanę. Za wczasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz